Bajki Starego Zgreda

Kategorie: Wszystkie | Bajki | Ballady i romanse | Fotografie | Gadżety | Hardkor | Inne | LoveTube | Niekończąca się opowieść | Nostalgicznie | Positive music | Spod dekla | To lubię | W pizdu | Zwierzyniec | Żyjemy w popieprzonym świecie. Naprawdę.
RSS
wtorek, 15 maja 2012
Żebraczka z Placu Wilsona - część II

Część I opowiadania kryje się pod adresem: http://staryzgred1979.blox.pl/2012/04/Zebraczka-z-Placu-Wilsona-czesc-I.html

 

Nękający mnie sen zawsze zaczynał się w ten sam sposób – stałem przed drzwiami wielkiego, białego domu, wokół którego ciągnęły się bezkresne jak ocean łany zbóż. Kołyszące się w rytm powiewów wiatru kłosy były całkowicie spalone przez słońce, martwe, czarne, i suche. Uderzając o siebie wytwarzały nieprzyjemny, chrzęszczący odgłos, który drażnił moje uszy. Wśród ustrojonych żałobnym kirem pól ciągnęła się wąska ścieżka, po której wlókł się, noga za nogą, dziwny, przerażający mnie stwór.  Choć poruszał się w pozycji wyprostowanej, na dwóch nogach, jak człowiek, na pewno nie był synem Adama. Postać wyglądała jak karykatura istoty rozumnej – na wątłych ramionach kołysała się nieproporcjonalnie wielka głowa, w której rozmieszczono po zwierzęcemu chytre oczy drapieżnika. Spod obwisłych jak u buldoga warg wystawały kły, zaś dłonie stworzenia, zwieńczone ostrymi, zakrzywionemu pazurami, kołysały się bezwładnie wzdłuż przeraźliwie chudego ciała. Istota kroczyła naprzód jak somnambulik lub robot, kierowany falami mózgowymi jakiegoś szaleńca. Wydawało się, że zupełnie nie wie gdzie idzie i po co wędruje. Ja natomiast byłem pewien, że straszydło idzie do mnie. Potwierdzały to spojrzenia istoty, rzucane co jakiś czas w moim kierunku. Nie były to przyjacielskie zerknięcia – o nie! W ich błysku czytać można było drzemiące gdzieś w duszy potwora nienawiść i okrucieństwo. I choć istota zbliżała się w ślimaczym tempie, to powolność jej ruchów nie tylko mnie nie uspokajała lecz na odwrót – potęgowała strach przed spotkaniem. Czułem w głębi duszy, że nieznajomy bawi się ze mną jak kot z myszą i gdy tylko znajdzie się blisko, da upust swojej żądzy krwi.


Przerażony nieuchronnością spotkania zaczynałem walić pięściami w drzwi domu i histerycznie błagać jego mieszkańców, o wpuszczenie do środka, lecz moje krzyki pozostawały bez odpowiedzi. Choć przez okna na parterze można było dostrzec w środku jakiś ruch i złowić obraz unoszących się nad ziemią bladych, jakby sennych twarzy, to nikt z poruszających się wewnątrz willi nie reagował. Słyszałem, jak mieszkańcy domu podchodzili do drzwi, kilkukrotnie widziałem, jak ktoś z nich od wewnątrz naciskał klamkę, ale dom ciągle pozostawał zamknięty. Tymczasem brodzący wśród pól stwór powoli, lecz nieubłaganie zbliżał się do mnie i z każdym krokiem zimny blask, wypełniający jego źrenice stawał się wyraźniejszy. Gdy był już tak blisko, że nieomal czułem jego oddech na skórze, sen się niespodziewanie kończył a ja budziłem się z wrzaskiem, zlany potem i łapiący powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba.


Nocny koszmar powracał do mnie w przeciągu pół roku, co kilka lub kilkanaście nocy, za każdym razem wyraźniejszy i bardziej realny. W końcu doszło do tego, że bałem się zasnąć, nie zażywszy przed pójściem do łóżka silnych środków uspokajających bądź nie wypiwszy kilku kieliszków wódki, dzięki którym odpływałem w pijacką drzemkę bez snów.


Przedsiębrane środki, mające pozwolić mi uniknąć nocnej grozy, miały fatalny wpływ na moje życie. W tygodniu notorycznie chodziłem podirytowany lub z wyraźnym porannym kacem, co denerwowało kolegów w pracy, przyjaciół poza pracą i mnie samego. W akcie desperacji postanowiłem w końcu zapisać się na wizytę do psychiatry i choć nie bardzo wierzyłem w jej skuteczność (nie miałem jakoś zaufania do doktora od „mózgowych przekrętów”), to zdecydowałem, że pójdę na nią, pomimo swojego niedowiarstwa.


Koszmar nawiedził mnie w noc poprzedzającą planowaną wizytę. Tym razem był wyjątkowo przeraźliwy i różnił się znacznie od poprzednich snów. Znów stałem przed zamkniętymi drzwiami wielkiego, białego domu, lecz brodzącego wśród martwych zbóż stwora nie było na już ścieżce. Stał tuż za moimi plecami, opierając pazurzastą łapę na moim ramieniu. Czułem jego cuchnący oddech na karku. Ze strachu nie byłem w stanie się poruszyć ani wydać głosu. Przez głowę przelatywała mi tylko jedna myśl: „Muszę stać spokojnie i nieruchomo. Jeśli tylko odważę się sięgnąć ręką ku klamce lub wezwać pomocy straszna istota za mną rozerwie mnie na strzępy.”


Nie wiem jak długo staliśmy razem. Ja – w odrętwieniu, starając się jak najciszej oddychać, istota – czekająca z wytęsknieniem na mój najlżejszy ruch. W pewnym momencie poczułem, że za chwilę zmęczone bezruchem nogi odmówią mi posłuszeństwa i upadnę, a potem stanę się łupem swojego prześladowcy. I gdy ostatkiem sił walczyłem ze słabością pragnącego poddać się ciała, drzwi białego domu otworzyły się i ujrzałem w nich zmarłą żebraczkę. Staruszka wyciągnęła przed siebie rękę, chwyciła mnie w ciepły uścisk dłoni i pociągnęła ku wejściu, zwracając się jednocześnie, do więżącego mnie stworzenia: „Puść go i wracaj na swoje pola. On do ciebie nie należy. Jest mój”.


Ciężar pazurzastej łapy, przygniatającej moje ramię, zelżał i po chwili zniknął. Byłem wolny. Czułem na ręce ciepło dłoni starej kobiety i widziałem przed sobą jej łagodny uśmiech. Gdy poczułem jak delikatnie ciągnie mnie do wnętrza domu bez wahania przekroczyłem próg. Za drzwiami rozciągał się zalany słońcem, wiosenny sad, z miękką, zieloną trawą i uginającymi się pod ciężarem owoców drzewami. Wśród bujnej roślinności krążyli ubrani na biało ludzie, którzy uśmiechali się na mój widok i wesoło do mnie machali. W ich rysach kryło się coś znajomego i bliskiego.


- „Gdzie ja jestem?” – zapytałem mojej staruszki-przewodniczki, ale nie zdążyłem już uzyskać od niej odpowiedzi. W chwili, w której wydobyłem z siebie głos, całą sceneria pociemniała i zniknęła mi sprzed oczu. Momentalnie poczułem dojmującą tęsknotę za tajemniczym sadem i jego mieszkańcami. Ból odejścia z tego pięknego miejsca był tak silny, że zakryłem oczy dłońmi i zapłakałem. Zrozumiałem, że minie jeszcze wiele czasu, zanim trafię tam ponownie i że w mojej pamięci pozostanie tylko ulotne wrażenie przebywania w miejscu stanowiącym najlepszą cześć wszechświata.

15:32, stary_zgred1 , Bajki
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 maja 2012
Retro glamour girls

01

1) Pani od biologii pokazywała wychowankom na lekcji jak urokliwie wyglądają w wazonie świeże, wiosenne kwiaty oraz goła baba. 

02

2) W rajskim ogrodzie wąż kusił Ewę: - "Kochana, jeśli zjesz jabłuszko, to w nagrodę za twój czyn powiększę męskość Adama do rozmiaru dorodnego pytona."

03

03) Na wierzbie rozkwitły kotki, w puszczy ryczą tygrysy i tylko mąż mój niesłodki, gruby, brzydki i łysy!

04

4) Pani Melania ustroiła Wielkanocny stół najlepiej jak potrafiła. Nie kwiatami, nie kurczaczkami, lecz samą sobą. Mąż był "wniebowzięty"!

05

5) W Polszcze zwyczaj opalania się topless jeszcze się nie przyjął, ale germańska nimfa nic o tym nie wiedziała i zalotnie błyskała na plażowiczów nagą piersią.

06

6) Bieda, panie! Golarek do sklepu nie dowieźli i damy nijak nie mogą się pozbyć zimowego futra. A może by tak brzytwą?

07

7) Wiosna już, miły Maciusiu. Pójdź w me ramiona, obowiązki małżeńskie racz wypełnić godnie (i szybko zdejmuj spodnie)! 

15:48, stary_zgred1 , Fotografie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 maja 2012
The reckoning (Rachunek sumienia) - Paul McGuigan

Uwaga - niniejszy wpis zawiera spoiler, wskazujący na oczywiste rozwiązanie zagadki, postawionej w filmie. Osoby, które nie lubią znać zakończenia przed obejrzeniem filmu upraszam o omijanie tekstu szerokim łukiem.


Gilles

 

Niesłabnąca popularność filmów i seriali o wampirach sprowokowała mnie do poszukiwań kinowych obrazów na temat jednego z najokrutniejszych, obok Erzebeth Bathory, "krwiopijcy" w dziejach ludzkości - Gillesa de Rais. O ile książek na temat francuskiego arystokraty powstało wiele, to filmów - tyle co kot napłakał, w większości zresztą dokumentalnych. Dość trudno jest mi zrozumieć awersję kina do postaci bretańskiego barona, gdyż ilość krwi, którą przelał za życia, już po zejściu z pól bitewnych, oraz jego specyficzne upodobania seksualne, stawiają go na znacznie wyższej pozycji, w hierarchii psychopatycznych morderców niż takiego Hannibala Lectera czy Normana Batesa. Zbrodnie de Raisa mogłyby posłużyć kanwą dla naprawdę szokującego horroru i jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe to, że do tej pory potencjał tej postaci nie został odpowiednio wykorzystany.

 

Litościwe Google poratowały mnie tylko jednym tytułem filmu, w którym pojawia się postać wampira z Bretanii - "The reckoning" (polski tytuł: "Rachunek sumienia"). Co prawda, szalony baron - morderca prześlizguje się po ekranie zaledwie w kilku scenach, ale na pocieszenie zostaje fakt, iż akcja rozwija się w oparciu o popełnione przez niego zbrodnie.

 

the reckoning

 

W majątku Gillesa de Rais ginie młody chłopiec. Poddani barona są przekonani o tym, że zginął on z ręki miejscowej "czarownicy", głuchoniemej uzdrowicielki, która z racji swojego kalectwa nie jest w stanie wybronić się przed oskarżeniem. Kobieta, skazana na śmierć przez podległy baronowi sąd, oczekuje rozwiązania swojego losu w więzieniu. Tymczasem do zamku Gillesa ściąga zespół aktorów, wśród których ukrywa się umykający przed sprawiedliwością, cudzołożny ksiądz (Paul Bettany). Z jego inicjatywy przywódca wędrownych artystów odwiedza czarownicę w więzieniu i odkrywa, że kobieta nie ma nic wspólnego z zarzucaną jej zbrodnią. Domniemana morderczyni wskazuje aktorom trop, który doprowadzi ich wprost do prawdziwego zabójcy.

 

Najciekawszym elementem filmu, jest nie tyle "detektywistyczne" śledztwo prowadzone przez aktorów, ani też rozwiązanie zagadki, kto w istocie odpowiada za śmierć młodzieńca (bo jest to oczywiste, prawie od samego początku filmu, szczególnie dla osób które choć trochę znają historię "wampiryzmu seksualnego"), ale pobudki, które jednym każą szukać winnego, oraz przyczyny, dla których tenże winny zabija. Być może portrety psychologiczne poszczególnych bohaterów nie są szczególnie rozbudowane, by nie rzec - dość płytkie, ale pozwalają na prześledzenie analogii w rozumowaniu ludzi średniowiecza i ludzi współczesnych. Film przekazuje ciekawą prawdę: niezależnie od tego, które mamy stulecie, niezmienna pozostaje w nas chęć odkrycia lub utajenia prawdy i korupcja pleniąca się wśród osób dzierżących w rękach władzę. Wytłumaczenie: "Zabiłem, bo chciałem i mogłem to zrobić!" powtarza się w niezmienionej formie do dziś.  I po dziś dzień mordercy, dopuszczający się wyjątkowo brutalnych, szokujących czynów, żyją w przeświadczeniu, że nie spotka ich za to żadna kara. Przecież postępowali zgodnie ze swoim widzimisię, a cóż może być ważniejszego, niż zaspokojenie własnych potrzeb?

 

Film polecam miłośnikom klimatów średniowiecznych i detektywistycznych. Nie jest on, co prawda, równie wciągający co "Imię róży" (bliżej mu zdecydowanie do "Godziny świni"), ale zapewnia rzetelną porcję rozrywki na niezgorszym poziomie i kilka tematów do przemyśleń.

 

Moja ocena: 7/10

15:06, stary_zgred1 , To lubię
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Budgie - All at sea

W zalewie nowych płyt, które czekają na przesłuchanie i już doczekać się nie mogą, z jakichś zupełnie niezrozumiałych przyczyn wracam do "starzyzny", która dawno, dawno temu strasznie hulała mi po głowie. Zespół nazywa się Budgie, utwór - "All at sea", płyta z kórej pochodzi piosenka - "Impeckable". W związku z tym, że wyśpiewuję te dźwięki od dwóch dni, wrzucam je na bloga. Może ta nieznośna melodia (nieznośni słodka i leniwa) w końcu się ode mnie odczepi?


17:09, stary_zgred1 , Positive music
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 kwietnia 2012
Żebraczka z Placu Wilsona - część I

Zazwyczaj nie wspieram żebrzących. Przyczyna jest banalnie prosta - nigdy nie mam pewności, czy ręka, wyciągająca się po ciężko przeze mnie zarobionych kilka złotych, nie należy do nałogowego pijaka lub ćpuna.  Choć żal mi ludzi z marginesu społecznego, to nie zamierzam wspierać ich bezsensownej i nierzadko leniwej wegetacji. Niech biorą na litość kogoś innego. Nie jestem w stanie uwierzyć, że zdrowi, na oko czterdziestoletni mężczyźni, wylewający się z bram i podwórek mojego miasta, są całkowicie niezdolni do podjęcia jakiejkolwiek pracy. Mój dziadek mawiał: Dla chcącego nic trudnego! – i choć od jego śmierci minęło już dobrych kilkadziesiąt lat, to jego słowa nadal pozostają dla mnie aktualne. Wierzę, że jak ktoś chce poprawić swoje warunki i znaleźć płatne zajęcie, to stara się ze wszystkich sił to zrobić i w końcu osiąga sukces.

 


Podobne przemyślenia mam w stosunku do żebrzących na ulicach dzieciaków – niedorostków o twarzach znaczonych słońcem Rumunii, prześladujących co lepiej odzianych ludzi w pobliżu kościołów, kin i centrów handlowych. Te niby-sieroty, udające głód i smutek, mają w oczach wyrachowanie starych ludzi i wcale nie wydają się zabiedzone. Wyświechtane łachy na ich grzbietach to element przebrania, jak u aktorów w teatrze, a teksty typu: „Zbieram na chleb dla rodziny” brzmią wyjątkowo fałszywie w ustach pulchniutkich, karmionych białymi bułeczkami i czekoladą nastoletnich szczurków. Ileż to razy nasłuchałem się, jak te „biedne” i „głodne” dzieci z pogardą odrzucały od siebie podarowane przez litościwych ludzi owoce lub słodycze, bezczelnie żądając haraczu w brzęczącej monecie.

 


Nie, zdecydowanie nie ma we mnie chrześcijańskiego współczucia dla żebraków! Tym bardziej dziwi mnie fakt, że serce drgnęło mi, gdy pewnego dnia mijałem jednego z nich. Pamiętam jakby to było dziś – popołudniową godziną schodziłem na stację metra przy Placu Wilsona. Przy poręczy schodów, w pobliżu stoiska z kwiatami, stała niemłoda już kobieta, skromnie i czyściutko ubrana, nie rzucająca się w oczy lecz i nie stapiająca z tłem. W jej postaci była jakaś godność i spokój, które mi się spodobały. Starsza pani trzymała w dłoni kartonową tabliczkę ze starannie wykaligrafowanym, wyraźnym napisem. W zasadzie nigdy nie czytam takich tabliczek, ale tego dnia zrobiłem wyjątek od zasady i spojrzałem przelotnie na tekst, który brzmiał: „Jestem bezdomna. Nie chcę od ciebie pieniędzy, wystarczy mi trochę chleba, żeby przeżyć do jutra. Bóg zapłać za pomoc!”

 


Po raz pierwszy w życiu poczułem do żebrzącego człowieka trochę sympatii. Spodobało mi się to, że kobieta nie zbiera na nieistniejące leki albo na spłatę „niewidzialnej” raty mieszkaniowej.  Prośba o chleb to coś innego niż wyciąganie ręki po datek pieniężny. Takie błaganie  jasno wskazuje, że człowiek, który wyszedł w poszukiwaniu pomocy na ulicę, nie jest fałszywym naciągaczem, a autentycznym biedakiem niezdolnym by zaspokoić podstawowe potrzeby życiowe. Takiemu nie tylko należy, ale wręcz trzeba pomóc, bo niewielu już zostało wśród nas uczciwych ludzi, nie myślących o tym by utuczyć się na łasce i łatwowierności bliźnich.

 


Poruszony widokiem postanowiłem coś zrobić. Nogi same poniosły mnie w stronę najbliższego spożywczaka. Wyszedłem z niego dumny, dzierżąc w łapie wypełnioną jadalnym dobrem siatę. Był w niej chleb, masło, mleko, wędlina, kawałek sera, tabliczka czekolady, pudełko kruchych ciasteczek z cukrem, herbata … W sumie nic wielkiego, jakieś pięćdziesiąt kilka złotych. A jednak gdy wręczałem sklepowy łup staruszce, kobieta przez chwilę nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Chyba nikt jeszcze nie podarował jej tyle jedzenia naraz. Przez chwilę patrzyła na mnie z niedowierzaniem, po czym cichutko, bardzo nieśmiało uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: Dziękuję, bardzo panu dziękuję! Tych darów starczy mi chyba na cały tydzień! Niech Bóg panu błogosławi!

 


Zrobiło mi się ciepło na sercu. W słowach żebraczki nie było oślizgłej uniżoności czy wstydu, a czysta, szczera wdzięczność. Wybąkałem w odpowiedzi: - „Ależ to nic takiego!” - i popędziłem do metra.


- - -


Od tamtej pory od czasu do czasu mijałem starszą kobietę, proszącą pod stacją metra o żywność. Nie wystawała tam codziennie, widocznie nie miała takiej potrzeby. Kilka razy widziałem, jak ludzie wkładali jej do ręki różne produkty, kilka razy sam ją poratowałem, za co nagrodą był zawsze miły uśmiech. Starsza pani nigdy nie wzięła ode mnie pieniędzy, twierdząc, że nie są jej potrzebne i że przyzwyczaiła się żyć w oparciu o minimum. Nasze spotkania trwały blisko pół roku. Później żebraczka znikła. Od handlarki kwiatami dowiedziałem się, że zmarła w przytułku dla bezdomnych. Kobieta nie wiedziała gdzie ją  pochowano. Podobno na pogrzeb przyszło wiele osób, głównie bezdomnych ale też sprzedawców, rozstawiających swoje stragany w pobliżu Metra-Plac Wilsona. Było mi przykro, choć starszą panią znałem właściwie tylko z widzenia. A później, po kilku miesiącach, gdy wspomnienie o starej kobiecie na dobre zatarło się w mojej pamięci, zaczęły mnie nękać senne koszmary, tak przeraźliwie realne, że chciałbym już o nich nie pamiętać. Żebraczka grała w nich bardzo ważną rolę …

- - -



13:20, stary_zgred1 , Bajki
Link Komentarze (6) »
niedziela, 08 kwietnia 2012
A po świętach - powrót do domu

Świetna, polska animacja. I na czasie!

16:29, stary_zgred1 , LoveTube
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 marca 2012
Jeden z dziesięciu? Uwielbiam!

00

19:30, stary_zgred1 , Inne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lutego 2012
Gotye - Eyes wide open

Na światowych listach bryluje od jakiegoś czas przebój Gotye "Somebody that I used to know" i choć jest wyjątkowo ciekawy w porównaniu z królującymi w radio i telewizji muzycznej hitami, w których ładne panie zazwyczaj ostro kręcą prawie nagimi biodrami, to dzisiejszy wpis zamknie nie on, a równie uroczy, okraszony nieco psychodelicznym teledyskiem "Eyes wide open" :)

20:25, stary_zgred1 , Positive music
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lutego 2012
Przykazanie drugie

przykazanie drugie

21:13, stary_zgred1 , Inne
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 lutego 2012
Lilie - część 2

Przygotujcie się szanowni na melodramat. W końcu udało mi się zakończyć ckliwą opowiastkę "Lilie", której część pierwszą można przeczytać tutaj:

http://staryzgred1979.blox.pl/2011/10/Lilie.html

Osoby nie trawiące opowieści w typie "Mniszkówna snuje bajkę" niech czują się ostrzeżone.

Wszystkich innych zapraszam do czytania na ich własną odpowiedzialność:

- - -

Od pierwszego spotkania proboszcza z krnąbrną parafianką upłynęło kilka miesięcy, podczas których panna Czerwińska nawiązała z duszpasterzem bliskie i przyjazne kontakty. Choć niechęć hardej dziewczyny do spraw wiary i kościoła nie zmalała, to postać księdza, reprezentująca nienawistną jej sferę duchową, zrodziła w niej szczerą fascynację. U jej podstaw leżało zapewnie to, że kapłan w przeciwieństwie do otaczających dziedziczkę mężczyzn, okazał się zupełnie obojętny na jej wdzięk i niewieści czar. Z przyjemnością rozmawiał z panną na tematy społeczne, wymieniał uwagi o książkach i współczesnej muzyce, lecz milkł, zagadnięty o sprawy serca. Wydawało się, że wszelkie sprawy związane z ludzką uczuciowością są mu obce. Kapłan całym sobą zorientowany był na dążenie ku życiu wiecznemu i tylko możliwość jego osiągnięcia wyzwalała w nim żywe emocje. Najjaśniejszą i chyba jedyną gwiazdą w życiu księdza była idea służby Bogu i związane z tym oczekiwanie nagrody niebieskiej. Stwórca i jego doskonałość wywoływała w proboszczu zachwyt i ekstazę. Natomiast w planie osobistym ksiądz przypominał mechanicznego człowieka, który co prawda wie o konieczności odnajdywania się w życiu ziemskim lecz zupełnie ją ignoruje.


Z powodu tej osobliwości charakteru ksiądz nie zauważał awansów, które czyniła mu młoda dziedziczka. Jego oczy pozostawały zamknięte na wszelkie przejawy zainteresowania, okazywanego przez pannę Ewę. Obojętny na jej urok osobisty, traktujący kobietę jak wspaniałego towarzysza rozmów, którego wszakże szybko się zapomina, gdy tylko znajdzie się godniejsza osoba do dysput, nie pojął w porę tego, że wzbudza w dziewczynie żywe bicie serca, wyrastające z czasem w niezdrową, bo niemożliwą do zrealizowania namiętność.  


Czerwińska nie należała do kobiet umiejących kochać platonicznie. Jej rozbuchana i zaborcza natura wymagała, aby przedmiot pożądania w pełni jej się oddał i zawierzył. Opór ze strony duchownego z jednej strony podniecał ją i rozpłomieniał, zaś z drugiej – doprowadzał do wybuchów wściekłości, wyładowywanych na służbie i poddanych. Panna Ewa zupełnie nie umiała pogodzić się z coraz bardziej widoczną porażką i zapanować nad szalejącym sercem. Bóg, będący jedyną namiętnością proboszcza, zaczął się kobiecie wydawać znienawidzonym wrogiem, któremu z należało wydać wojnę. To Bóg nie dozwalał proboszczowi cieszyć się pełnią ziemskiego życia, to Bóg odzierał go z męskich przyjemności i odbierał mu prawo do szczęścia. Logicznym krokiem ze strony Czerwińskiej było zatem unicestwienie gniazda przeciwnika – to jest starcia z powierzchni ziemi domu, w którym przebywał.


Pewnej mroźnej nocy, gdy mieszkańcy Pniewa smacznie chrapali pod puchowymi kołdrami, w niebo nad kościołem wzniosła się łuna. Hrabianka podłożyła pod świątyńkę ogień. Drewniane wiązania stropu szybko zajęły się płomieniami, krwawy blask szalejącego żywiołu oświecał zapadnięty ołtarz i osmalone ławki. I choć ludzie ze wsi, pobudzeni niezwykłą łuną, w krótkim czasie rzucili się by ratować dom pański, kościół zgorzał do fundamentów. Wraz z domem pańskim,  ku przerażeniu podpalaczki, zginął i proboszcz.


Ksiądz, zbudzony ze snu przez  krwawą łunę, jako pierwszy popędził ku pożarowisku. Nie dostrzegł owiniętej w ciepłe futro, drobnej postaci, kryjącej się w ciemności pobliskiego zagajnika. Nie widział, jak postać ta uniosła w geście zgrozy ręce, gdy wbiegał do ogarniętej ogniem kruchty. Nie był świadomy tego, jak silny jęk rozpaczy wydarł się z piersi podpalaczki, gdy w pędzie wdarł się do wnętrza kościoła, w poszukiwaniu ukrytego w tabernakulum najświętszego sakramentu. Gdy porwał kielich z pobłogosławioną przez Boga zawartością nie czuł zupełnie, że pali się na nim ubranie i że ogień jednym liźnięciem swojego gorącego jęzora zdarł mu rzęsy i brwi. Nie obchodziło go to, że pozbawione powietrza płuca zapadają się w głąb ciała, dając wolną drogę śmiercionośnemu dymowi. Dla proboszcza liczyło się tylko jedno – za wszelką cenę wynieść z pożogi ciało Boga, skryte w skromnych, białych opłatkach. Nie mogły go powstrzymać ani upadające wkoło z wielkim hukiem belki stropu, ani oparzenia na ciele, ani też brak oddechu. Ku wyjściu niosła księdza wielka wiara w to, że litościwy Stwórca nie opuści go w słusznej sprawie.


Wybiegając z kościoła proboszcz był już praktycznie trupem. Niosące go przez pożogę nogi odmówiły posłuszeństwa w momencie, gdy tylko kapłan znalazł się wśród zebranych wokół świątyni ludzi. Wtedy, ciągle ściskając przy sercu kielich z uratowanym najświętszym sakramentem, upadł na ręce własnych parafian i oddał ducha niebu. Mieszkańcy Pniewa z płaczem ponieśli ciało duszpasterza ku wsi, gdzie złożono je z honorami w chacie najbogatszego gospodarza.


* * *


Księdza złożono w ziemi w trzy dni po tragicznej śmierci. Na pogrzeb zeszło się mnóstwo mieszkańców Pniewa lecz hrabianki Czerwińskiej na nim zabrakło. Z dworu nadpłynęła wieść, że panna Ewa, usłyszawszy o zgonie księdza, zapadła poważnie na zdrowiu. Chłopi nie wiedzieli jednak jak poważny jest stan dziedziczki, która, doprowadziwszy do śmierci ukochanego mężczyzny, postradała rozum. Jej umysł całkowicie zamknął się na świat i zastygł. Do hrabianki nie dotarły już fantastyczne plotki, rozsiewane przez wiejskie kobiety, które przygotowywały ciało proboszcza do trumny. Nierozumne baby przekazały w świat zupełnie nieprawdopodobną informację, że na plecach księdza widniały dziwne ślady, przypominające rany po wyłamanych skrzydłach i że jego ciało pozbawione było zupełnie męskiego przyrodzenia. Któż by jednak wierzył głupim babom-plociuchom? Dziwna wieść zatoczyła krąg po okolicy i ucichła. I tylko białe lilie, które wyrosły na mogile nieszczęśnika przypominały swoją czystością jak wyjątkowy leży pod nimi człowiek.

_ _ _ _ _

 

Według literatury baśniowej, aniołowie i pozostali mieszkańcy nieba, obcujący na co dzień z Bogiem, pozbawieni są organów określających ich jako mężczyzn lub kobiety. W istocie do niczego ich nie potrzebują, ponieważ ich bezcielesny sposób przeżywania miłości jest od naszego, ludzkiego, tysiąckroć doskonalszy. Czy jest to prawdą sprawdzimy, być może, po drugiej stronie wielkiego snu. Do tego czasu jesteśmy skazani na nasze niskie, ziemskie przyjemności :)

14:21, stary_zgred1 , Bajki
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
następne
Archiwum
Sierpień 2007
Wrzesień 2007
Październik 2007
Listopad 2007
Grudzień 2007
Styczeń 2008
Luty 2008
Marzec 2008
Kwiecień 2008
Maj 2008
Czerwiec 2008
Lipiec 2008
Sierpień 2008
Wrzesień 2008
Październik 2008
Listopad 2008
Grudzień 2008
Styczeń 2009
Luty 2009
Marzec 2009
Kwiecień 2009
Maj 2009
Czerwiec 2009
Lipiec 2009
Sierpień 2009
Wrzesień 2009
Październik 2009
Listopad 2009
Grudzień 2009
Styczeń 2010
Luty 2010
Marzec 2010
Kwiecień 2010
Maj 2010
Czerwiec 2010
Lipiec 2010
Sierpień 2010
Wrzesień 2010
Październik 2010
Listopad 2010
Grudzień 2010
Styczeń 2011
Luty 2011
Marzec 2011
Kwiecień 2011
Maj 2011
Czerwiec 2011
Lipiec 2011
Sierpień 2011
Wrzesień 2011
Październik 2011
Listopad 2011
Grudzień 2011
Styczeń 2012
Luty 2012
Marzec 2012
Kwiecień 2012
Maj 2012
O autorze
  • stary_zgred1
Ostatnie wpisy
  • Żebraczka z Placu Wilsona - ...
  • Retro glamour girls
  • The reckoning (Rachunek ...
  • Budgie - All at sea
  • Żebraczka z Placu Wilsona - ...
  • A po świętach - powrót do domu
  • Jeden z dziesięciu? Uwielbiam!
  • Gotye - Eyes wide open
  • Przykazanie drugie
  • Lilie - część 2
Zakładki:
Biblionetka
To lubię
Blogi
Aaaby sprzedać
Boli blog
Daj dwie fajki
Doll land
Dziwki i splendor
Filmowo
Gastrofaza
Horror story
Horror Story 2 Reborn
Metal sucks
Odchudzam się
Ohmygod
Polandian
Religia pokoju
Sól i maczeta
Star Trek Porn
Superpospolita
Szeroko
Towary mieszane
W starym kinie
Z życia heteroseksualistów
Zsyp
Film polski
Polska kinematografia, filmy i ich twórcy
Lib Ru
Doskonała biblioteka internetowa :D
Manga
NAKAMA
Yaoi - Naono Bohra English Scanlations
Nosferatu
Wszystko o wampirach
Paski
Paski jakie są, każdy widzi
The Perry Bible fellowship
Szczypta absurdalnego humoru
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 5
zamów newsletter
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog